Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

Henning Mankell"Biała lwica"

Długie ramię apartheidu sięga aż do Skanii
Trzecia powieść z udziałem Kurta Wallandera porusza ciekawy problem czarnej ludności Afryki południowej. Co z tym wspólnego może mieć główny bohater, policjant z niewielkiego Ystad? Na początku książki, jak zwykle u Mankella, czytamy opis zbrodni. Tym razem ofiarą jest kobieta, pośredniczka handlu nieruchomościami, która przypadkowo znajduje się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Kurt Wallander otrzymuje zawiadomienie o jej zaginięciu i wszczyna poszukiwania. Przez pewien czas nie wie, że kobieta nie żyje. Akcja książki rozgrywa się w dwóch płaszczyznach. Z jednej strony poszukiwania kobiety, a następnie śledztwo w sprawie jej śmierci, w którym nic do siebie nie pasuje, bo kto mógłby chcieć zabić spokojną, przykładną żonę i matkę?. Jednocześnie jednak śledzimy wydarzenia rozgrywające się w RPA na początku lat 90-tych. Jest to moment przełomowy dla tego kraju, ponieważ Nelson Mandela zdobywa coraz lepszą pozycję i jest na najlepszej drodze do objęcia urzędu prezydenta. Osobom związanym z apartheidem bardzo się to nie podoba, zamierzają więc temu zaradzić w sposób brutalny i planują zabicie Mandeli. W tym celu znajdują odpowiedniego człowieka, zdolnego do zabicia każdego na zlecenie i zaczynają go szkolić. Tu dochodzimy do punktu, w którym obie płaszczyzny się stykają, bowiem płatny zabójca jest szkolony w Szwecji. Właściwie, w tej powieści trudno mówić o wątku kryminalnym. Czytelnik szybko się orientuje, kto stoi za zabójstwem kobiety, nie zna tylko pewnych szczegółów. Śledzi akcję w obydwu jej płaszczyznach, a nie tylko towarzyszy Wallanderowi. Wie zatem znacznie więcej od niego. Tak naprawdę, to nie jest kryminał, ale sensacja. Kurt Wallander depcze po piętach sprawcom, a jednocześnie długo nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób może zapobiec zamachowi na tak istotną osobę. W pewnym momencie w niebezpieczeństwie znajduje się już nie tylko Wallander, ale i jego córka Linda, dla której jest on gotów podjąć największe nawet ryzyko. W powieści tej znajdziemy sporo scen drastycznych. Wprawdzie, po przeczytaniu kolejnych książek doszłam do wniosku, że w nich również brutalności nie brakuje, a jednak właśnie ta jakoś mi utkwiła w pamięci. Być może po jej przeczytaniu jakoś się człowiek uodparnia. Nie ulega wątpliwości, że w ten sposób autor ukazał całą bezwzględność zarówno tych, którzy w imię chorych przekonań o wyższości białej rasy nad czarną byli zdolni do wszystkiego, jak i tych, którzy wszystko mogli zrobić za pieniądze. Zresztą, dla samego bohatera to również trudne śledztwo, może najgorsze. Nie zdradzając szczegółów powiem tylko, że bardzo zaważy ono na jego dalszych losach. Moim zdaniem, wątek afrykański jest bardzo ciekawy. Sądzę, że autor, dużą część czasu spędzający w Mozambiku, orientuje się naprawdę w tych sprawach i przedstawił je w sposób właściwy, choć, nie znając tamtych realiów, muszę to przyjąć na wiarę. Jak dla mnie, część rozgrywająca się w Afryce była ciekawsza. Mam wrażenie, że autor miałby wiele do powiedzenia na ten temat, ale tego nie zrobił, ograniczając się do wątków potrzebnych do napisania powieści sensacyjnej. Moim zdaniem zresztą, tej sensacji jest tam za dużo. Właściwie chyba pierwszy raz w życiu doszłam do takiego wniosku, bo powieści sensacyjne są przecież wciągające i często ciekawe. Ta wciąga do pewnego momentu, a potem następuje pewien przesyt. Przy trzeciej z kolei książce o Wallanderze można się też już nieco zmęczyć pewnymi jego cechami np. niezwykłą intuicją. Ta intuicja jest dla autora wygodnym pretekstem do rozwiązywania najtrudniejszych sytuacji na korzyść bohatera. Wszystko byłoby w porządku, bo przecież w tej pracy na pewno intuicja i szczęście są istotne, ale, jak dla mnie, u Mankella zbyt dużo się na tym opiera. Początkowo to nie razi, ale z czasem zaczyna coraz bardziej. Autor nie ustrzegł się też niestety pewnych błędów. Zauważyłam, że dość często nie pamięta, o czym pisał w poprzednich książkach tzn. pewnych szczegółów. Sztandarowym przykładem jest orientacyjna data rozwodu Wallandera. W „Mordercy bez twarzy", który otwiera cykl tych powieści, Wallander jest bardzo świeżo rozwiedziony, co sugeruje, że miało to miejsce pod koniec 1989 r. Tymczasem w „Białej lwicy”, której akcja rozgrywa się w 1992 r. jest już podobno 5 lat po rozwodzie. Coś tu jednak z tymi datami nie gra i tak jest też w innych książkach. Osobiście mogę zrozumieć autora, sporo pisze, wymyśla te szczegóły, mogło mu się coś pomylić, ale najwidoczniej, redaktor też tego nie zauważył, a mnie się to jakoś rzuca w oczy od razu. Chcę też zwrócić uwagę na fakt, że książki te były tłumaczone przez różne osoby, co niestety widać. Nie chodzi mi wcale o styl, ale są pewne elementy powtarzalne np. słowa, które Wallander wypowiada niczym zaklęcie w chwilach, kiedy się boi. W każdym tłumaczeniu brzmią one inaczej, co ja osobiście zauważyłam od razu i dosyć mnie to razi. Ogólnie muszę powiedzieć, że książka porusza ciekawą tematykę i do pewnego momentu jest wciągająca, ale jednocześnie jej czytanie jest wyraźnie męczące. Nie ze względu na sam sposób pisania czy język, tylko tak ogólnie. Taka ilość sensacji może wykańczać nawet czytelnika. Może był to celowy zabieg, może właśnie o to chodziło, żeby lepiej odbiorcy uzmysłowić, jak straszna walka toczyła się wówczas na kontynencie afrykańskim, i jak wiele zła trzeba było pokonać. Jeśli to miało być z założenia trudne i męczące, to się z pewnością Mankellowi udało.
czwartek, 29 maja 2008, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...