Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

Henning Mankell "Comedia infantil"

„biedacy muszą zjadać swoje życie na surowo..."
Nareszcie trafiła w moje ręce książka Mankella, która nie jest kryminałem. To bardzo dobrze, bo wreszcie rozwija on skrzydła w swojej ulubionej tematyce społecznej, nie szukając przy tym pretekstu kryminalnego. Nie przepadam za tym wciskaniem kwestii społecznych w kryminały, wiem, że jego wielbiciele właśnie to u niego cenią, mnie to jakoś irytuje i wyczuwam tu fałszywe tony. „Comedia infantil” to historia o dzieciach, nie takich jednak, jakie widzimy wszędzie dookoła siebie. Dzieci z tej powieści są bezdomne, niczyje, często nie znają swoich rodziców, nie są pewne swoich imion. Spłodzone gdzieś pośród nędzy i stagnacji, uciekające od rodziców-potworów, porzucone, zabłąkane, niekochane. Po prostu, murzyńskie dzieci w jakimś afrykańskim mieście, w jakimś afrykańskim kraju, gdzie tak naprawdę zawsze rządzili biali i bogaci. Głównym bohaterem jest może 10-letni Nelio, który leżąc na dachu pewnej piekarni, z ranami postrzałowymi w klatce piersiowej, przez 9 nocy opowiada młodemu piekarzowi swoją historię. Opowiada o swojej wiosce, gdzieś daleko, o rodzicach i rodzeństwie, spokoju, który otaczał jego najwcześniejsze wspomnienia. Potem o bandytach, którzy nawiedzili jego wioskę, o nieustannej, samotnej tułaczce, o przybyciu do miasta. Nelio mimo swojego wieku jest dzieckiem i sędziwym starcem za razem. Przeżył więcej, niż wielu starych ludzi, poznał życie od podszewki i od najgorszej jego strony. To co go charakteryzuje, to niesamowita życiowa mądrość, choć chłopiec nie potrafi nawet czytać, oraz godność. On jeden nie wdawał się nigdy w Bujki i nie dał się nikomu pobić. Gdy został szefem ulicznej bandy dzieci takich samych, jak on, wokół jego osoby narosło mnóstwo legend, bo niezwykłość tego chłopca była dla wszystkich jasna. Od początku książki wiadomo, że Nelio umiera. Nie wiemy, skąd wzięły się jego rany postrzałowe, dowiadujemy się tego dopiero na końcu, ale nie to jest istotne. Ważna jest cała historia i możliwość przyjrzenia się życiu takich bezdomnych, niczyich dzieci, których jedynym domem jest ulica. Z jednej strony twarda i brutalna rzeczywistość, która każe im żebrać, kraść, brudzić ludziom samochody, by potem je umyć, z drugiej pobrzmiewające echa czarnej Afryki, jej wierzeń, legend, duchów, znachorów i czarów. Książka jest ciekawie napisana. Wiem, że autor bardzo interesuje się Afryką i pewnie niemało o niej wie, skoro wiele miesięcy w roku spędza w Mozambiku. Nie wiem oczywiście i nie mogę zweryfikować, na ile przedstawiony przez niego obraz nędzy i rozpaczy panujący pewnie w wielu afrykańskich miastach, jest wiarygodny. Nie wiem, co ze szczegółów tego życia jest tylko fantazją autora, a co wie on na pewno, bo to zaobserwował, poczuł, dotknął. Dla zwykłego czytelnika jest to jednak ciekawe i pouczające. To zabrzmi zapewne dość banalnie, ale nagle naprawdę można docenić choćby zwykłe, wygodne łóżko i to, że zawsze ma się co jeść. Czasem trzeba przeczytać coś takiego, by się zatrzymać w tej codziennej pogoni za pieniędzmi i przyszłością, podczas gdy tak często zaniedbujemy teraźniejszość. Dzieci z bandy Nelia miały tylko teraźniejszość. Niewiele wiedziały o swojej przeszłości, przyszłość przed nimi była niemal żadna. Do tego właśnie dążył Nelio, żeby chociaż ta teraźniejszość była jak najlepsza. Okazuje się, że można dawać wiele innym, nawet, kiedy się samemu pozornie zupełnie nic nie ma. Chłopiec opowiada o przyjaźni, odpowiedzialności za słabszych, codziennej walce o przeżycie, tęsknocie za domem i szukaniu chociaż kropelki szczęścia w otaczającym morzu cierpienia. Okazuje się bowiem, że można urządzić fantastyczne, urodzinowe przyjęcie chłopcu, który nawet nie wie, kiedy ma urodziny i ile ma lat. Można rozjaśnić ostatnie chwile umierającego dziecka próbując choćby pośrednio spełnić jego marzenia. Nelio mimo swojego krótkiego życia, wie to wszystko, do czego wielu z nas dochodzi przez dziesiątki lat, albo nigdy. Jedno, co jest dla mnie zgrzytem w tej książce, to język, którym posługują się dzieci, a zwłaszcza Nelio. Może chodziło o podkreślenie jego wyjątkowości. Wydaje mi się jednak, że lepiej by było, gdyby jego myśli i wypowiedzi nie zawierały słów, które brzmią raczej niewiarygodnie, zwłaszcza z ust niepiśmiennego dziecka ulicy. Głębokie i mądre myśli to jedno, a ich wyrażenie to drugie. Nelio myśli i mówi jak dorosły i to raczej nieźle wykształcony. To czyni go jakby mniej wiarygodnym, przynajmniej dla mnie. Nie wiem oczywiście, na ile jest to kwestia języka użytego przez samego autora, a na ile tłumaczenia. Podnosi to zapewne walory literackie powieści, ale myślę, że Mankellowi chodziło naprawdę o poruszenie tej tematyki nie dla treningu pióra, ale po to, by coś uświadomić ludziom z naszego kręgu kulturowego. Wszystkim wielbicielom mankellowskiej tematyki społecznej bardzo tę książkę polecam, bo na pewno im się spodoba. Ja wprawdzie do tego typu pozycji podchodzę dość ostrożnie, często tchną one naiwnym sentymentalizmem, ocierającym się wręcz o egzaltację. W tej powieści mamy jednak do czynienia z ciekawą i dobrze napisaną historią, którą rzeczywiście, warto było opowiedzieć. Problem bowiem niewątpliwie istnieje i zamykanie na niego oczu nie rozwiązuje go w żaden sposób. Znajdziemy tu wiele mądrości, które są tak naprawdę bardzo uniwersalne i tyczą się nas wszystkich.
wtorek, 25 listopada 2008, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...