Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

Henning Mankell"Zapora"

Na ratunek światu
W najnowszej wydanej w Polsce powieści, Kurt Wallander, nieco odchudzony i z opanowaną cukrzycą, styka się z czymś zupełnie dla siebie nowym. Początkowo nic nie zapowiada niezwykłych zdarzeń. Owszem, fakt brutalnego zamordowania taksówkarza przez dwie nastolatki budzi powszechne przerażenie, jednak nikt nie zwraca większej uwagi na naturalną śmierć pewnego konsultanta komputerowego. Zwykłego, zamkniętego w sobie człowieka, czy aby na pewno zwykłego? Tym razem niebezpieczeństwo grozi nie tylko mieszkańcom Skanii czy Szwecji, ale całemu światu i jego systemowi finansowemu. Pomysł jest może i niezły, ale zakrawa to trochę na ratowanie świata rodem z Jamesa Bonda. Oczywiście, Wallander nie jest agentem używającym elektronicznych zabawek i uwodzącym niezliczone kobiety. W dobie komputeryzacji centrum świata może być dosłownie wszędzie. To myśl, która często się powtarza, co prawdopodobnie ma uzasadnić, dlaczego prowincjonalny policjant z Ystadu może mieć wpływ na losy całych narodów. Mimo tego niezbyt nowatorskiego pomysłu, książkę dobrze się czyta, nie da się ukryć, że wciąga. Dobra informacja dla ludzi o niezbyt mocnych nerwach, na szczęście nie ma tam jakichś bardzo brutalnych opisów. Ściślej mówiąc są brutalne morderstwa, ale jakoś lżej przedstawione, bez takich szczegółów, które powodują kłopoty żołądkowe i inne rewelacje. W każdym razie, po lekturze poprzednich części, ta wydaje mi się pod tym względem zupełnie lekka. Plus dla Mankella również za to, że jakby trochę przystopował z tą cudowną intuicją Wallandera. Oczywiście on się nadal kieruje w niemałym stopniu swoją intuicją, ale w sposób umiarkowany i wiarygodny. Sama uważam, że w takiej pracy intuicja może być bardzo przydatna, ale w poprzednich książkach, zakrawało to niemal na jasnowidztwo. Mało tego, samotny policjant daje się nawet nabrać na wdzięki pewnej kobiety i jego intuicja milczy. W sposób typowy dla Mankella, czytelnik nie ma wiele do myślenia, bo i tak nic nie wymyśli. Owszem, nie znamy mordercy z imienia i nazwiska i nie mamy możliwości go poznać, ale zleceniodawcę poznajemy i to bez żadnej maski. Jest to kolejna powieść raczej sensacyjna niż kryminalna. Najważniejszą sprawą jest bowiem nie wykrycie sprawcy, a zapobieżenie strasznym skutkom jego działań. Mam też wrażenie, że autor co najmniej dwie osoby zabija bez większego sensu. Owszem, robi to wrażenie, ale właściwie motywy tych zabójstw są przedstawione niezwykle oględnie i jakoś się to moim zdaniem słabo jedno trzyma drugiego. Chwilami mam wrażenie, że sam Mankell pogubił się nieco w wymyślonych przez siebie wątkach pobocznych. Nietrudno też zauważyć, że autor nie ma zbyt wielkiej wiedzy o komputerach i elektronice, choć są one tutaj bardzo ważne. Ratuje się jednak zgrabnym posłowiem, jak zwykle zresztą, w którym przyznaje, że wszystko to ułożył tak, jak mu pasowało. Rzeczywiście, przedstawione szczegóły są raczej do niczego nie podobne, ale skoro Mankell nie twierdzi, że się na tym zna, a jedynie uruchomił swoją wyobraźnię, to ja to kupuję. Jak zwykle, mamy tu niemało rozważań na temat zmieniających się czasów, tego, że teraz potrzeba zupełnie innych policjantów niż trzymający się tradycyjnych metod Kurt Wallander. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jest jedna i ta sama śpiewka, powtórzona po raz kolejny, nieco przystosowana do realiów danej książki. To, co wielu tak lubi i ceni u Mankella, czyli poruszanie istotnych problemów, tematyka prospołeczna itd. Dla mnie jest niepotrzebne i sztuczne, zupełnie to do mnie nie przemawia. Bohaterowi jak zwykle szczerze współczuję. Taki jest samotny, opuszczony, nie może sobie znaleźć kobiety, ułożyć życia, łatwo zaczyna się zaniedbywać, a do tego jeszcze ma kłopoty ze współpracownikami i postępowanie dotyczące użycia przemocy wobec przesłuchiwanej nastolatki. Mam wielki żal do autora, że się nie chce zlitować trochę nad swoim bohaterem i dać mu przynajmniej jakiejś sensownej kobiety. Muszę jeszcze wspomnieć, że Pani Kowadło-Przedmojska, tłumaczka, zrehabilitowała się nieco w moich oczach, bo tłumaczenie poprzedniej powieści „o krok” jakoś totalnie jej nie wyszło, o czym pisałam w recenzji tej książki. Oczywiście, z oryginałem tego nie porównam i mogę ocenić tylko polszczyznę, jaką się tłumaczka posługuje. Nadal niewszystkie zdania mi się podobają i nie uważam generalnie, żeby to tłumaczenie było jakieś nadzwyczajne, ale za głowę się nie łapałam, więc jest lepiej niż było. Książka ta stanowi niezłą odskocznię od codzienności. Jest moją pierwszą po pewnym okresie literackiej abstynencji, kiedy zmuszona byłam czytać jedynie literaturę fachową i była dla mnie jak haust świeżego powietrza, choć obiektywnie, swoje zastrzeżenia do niej mam. Myślę, że wielbicielom Mankella powinna się spodobać. Ja należę do tych nastawionych nieco sceptycznie do tego autora, owszem czytam, nierzadko zarywając noce, ale nie zachwycam się nimi jakoś szczególnie. Na świecie jest wiele świetnych książek, a powieści Mankella zaliczyłabym raczej do niezłych.
poniedziałek, 17 listopada 2008, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...