|
Blog > Komentarze do wpisu
Ewa Madeyska "Katoniela"Katowana przez katolicyzm
„Katoniela" to pozornie zwyczajna historia. Główna bohaterka mieszka w pewnym mieście gdzieś we Wschodniej Polsce. Jej rodzina, jak wiele innych, jest katolicka. Aniela od dziecka jest zatem tresowana by co niedzielę chodzić do kościoła, codziennie zmawiać paciorek. Jak większości dzieci, nikt jej jednak nie tłumaczy dlaczego i po co to wszystko. Na pytanie czemu właściwie musi iść do pierwszej komunii, otrzymuje krótką odpowiedź: „Bo tak”. To wszystko, co ma do zaoferowania Anieli i jej matka, i sam kościół. Tak musi być, bo zawsze tak było, bo wszyscy tak robią, bo to się Panu Bogu podoba, a tamto nie, bo Bóg ukarze. Aniela jest jednak od dziecka nieco krnąbrna i naprawdę inteligentna. Usiłuje drążyć kwestię, zastanawia się, zadaje pytania. Tak naprawdę nigdy nie ulega typowemu, polskiemu katolicyzmowi, jaki prezentuje jej otoczenie.
Już sam tytuł tej powieści jest wieloznaczny. Przyznam, że początkowo sądziłam, że chodzi o katoliczkę Anielę tzn., że to ona będzie prawdopodobnie dewotką. Nasuwa mi się skojarzenie, że początkowe litery mogą jednak obok katolicyzmu oznaczać np. katowanie, katorgę. Cóż za przewrotność. A dalsza część tego słowa, czy to tylko fragment imienia Aniela, czy może należałoby położyć akcent na nie? Mamy więc Anielę, która mówi nie katolicyzmowi. Dawno nie widziałam tak intrygującego, wieloznacznego i inteligentnie skonstruowanego tytułu.
Ta powieść to świetny obraz polskiego katolicyzmu, który polega na poddawaniu się tradycji i ślepym wykonywaniu obrzędów, za czym nie idzie zwykle żadna refleksja.
Bohaterka tej książki od urodzenia pada ofiarą takiego właśnie pojmowania wiary. Najpierw matka, która potrafi się modlić, gonić córkę do kościoła i często mówić o Bogu, ale nie jest w stanie przytulić Anieli i powiedzieć, że ją kocha. Ojciec, zdradzający żonę na prawo i lewo. I to powszechnie panujące przekonanie, że choćby nie wiem co, trzeba nieść swój krzyż. Że od męża nie można odejść nawet wtedy, gdy jest bardzo źle, bo przecież obowiązuje przysięga małżeńska. Potem Aniela wpada niczym z deszczu pod rynnę w ramiona Totalnego, kompletnego egocentryka i megalomana, który traktuje ją jak swoją własność, jak maszynę do rodzenia dzieci i zaspokajania jego potrzeb seksualnych, dziwnie dużych jak na skromnego, pokornego chrześcijanina.
Totalny to niestety moim zdaniem sztandarowy polski katolik. Można powiedzieć, że osoba ta jest nieco przerysowana, Ale niestety te najbardziej niewiarygodne postaci i wydarzenia opisywane w powieściach, zwykle są żywcem wzięte z życia. Takich ludzi jest tak naprawdę wielu dookoła nas. Bardzo dbają o pozory i nietrudno się na to nabrać. Sądzą, że wodą święconą i spowiedzią mogą zmyć nawet najcięższe grzechy., Że wchodzą w jakieś tajemnicze konszachty z Bogiem i są jego wybrańcami. Tak naprawdę to jednak często ludzie pozbawieni moralnego kręgosłupa, skoncentrowani wyłącznie na sobie. Osobiście takie osoby znam, od lat obserwuję, i już nie potrafię nawet się dziwić.
A przecież chrześcijaństwo we wszystkich wydaniach jest religią głoszącą dobro. Przecież dziesięć przykazań to swoisty kodeks moralny, którego warto się trzymać niezależnie od wiary. Mówi się „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, namawia do nadstawiania drugiego policzka, gdy ktoś nas skrzywdzi itd. Jakim więc sposobem istnieją ludzie, którzy tkwią w tym wszystkim bardzo głęboko, czytają biblię, słuchają kazań, a potem wychodzą z kościoła i nie widzą nic poza czubek własnego nosa? Czemu na każdym kroku potrafią krzywdzić innych? Czemu żyją w kłamstwie i obłudzie? Autorka nie daje nam odpowiedzi na te pytania, ale pokazuje, jak wiele zła potrafi wyrządzić tak pojmowana wiara.
Książka ta jest tak naprawdę nie tylko o katolicyzmie, ale po prostu o skłonnościach większości ludzi do poddawania się temu, co narzucone oraz o bolesnych skutkach wszelkiego fanatyzmu. To też historia o tym, jak z wiekiem stajemy się mądrzejsi, ile błędów popełniamy w życiu. Opowieść o dojrzewaniu, o przyglądaniu się światu i dążeniu do jego zrozumienia. O radościach i smutkach, pragnieniach i cierpieniu, gdy los odbiera kogoś bliskiego.
Powieść bardzo dobrze się czyta. Jest napisana ciekawym, sugestywnym językiem, pokazuje rozumowanie bohaterki na różnych etapach życia, poszukiwanie drogi do Boga, własnej matki i swojego szczęścia. Charakterystyczne jest tutaj pewne zamieszanie czasowe, częste cofanie się do przeszłości albo wybieganie w przyszłość. Mnie się to akurat bardzo podoba.
Polecam gorąco zwłaszcza gorliwym katolikom. Niech spróbują zdobyć się na odrobinę uczciwości wobec siebie samych i odpowiedzą sobie na pytanie, czy Ewa Madeyska ich przypadkiem tutaj nie opisała?
środa, 04 marca 2009, naturegirl
TrackBack
Komentarze
Gość: majka, cfl213.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/06 14:01:29
Co prawda tej książki nie czyałam ale w zupełności zgadzam się z Twoją opinią o katolikach,niestety większość z nich właśnie tak postępuje z pokolenia na pokolenie.
Gość: mania, afo250.internetdsl.tpnet.pl
2009/06/10 12:24:01
Przeczytałam tę książke. Uważam, że jest piękna, mądra, przeznaczona dla ludzi wrażliwych i myślących - o różnych przekonaniach. Odnalazłam w niej część siebie.
Pewnie znajdą się prostacy, którzy nie czytając nawet - zatrą z radością łapki - "znów ktoś dokopał tym wstrętnym katolikom". Ale nie o to w tej ksiązce chodzi 2009/06/10 12:44:02
To prawda. Ta książka dotyka tylu spraw i problemów, że wiele można by o niej mówić. Jest świetna właściwie pod każdym względem. Bardziej niż o krytykę samych pseudo katolików chodzi tu o rozprawienie się z wszechobecną w naszym świecie obłudą i ślepym podążaniem za tłumem. Jest tu jednak także wiele innych istotnych spraw, a wszystkie nie jakieś wydumane, ale wzięte z życia, co chyba każdy czytelnik zauważy.
|
Ostatnie wpisy
Loading
|