|
Blog > Komentarze do wpisu
Knut Romer "Ten, kto mrugnie, boi się śmierci"Historia pewnej alienacji
„Ten, kto mrugnie, boi się śmierci" to historia pewnego chłopca, opowiadana przez niego samego po latach. Knud mieszka w prowincjonalnym, duńskim miasteczku, którego głównym zakładem pracy jest cukrownia. Jest synem Duńczyka oraz Niemki i to właśnie narodowość matki przysparza mu najwięcej kłopotów. W Danii żywe są wówczas jeszcze wspomnienia niemieckiego najeźdźcy, choć Duńczycy wpuścili go przecież prawie bez oporu. Hildegard jest więc dla nich uosobieniem wszelkiego zła, kimś gorszym, z kogo można się bezkarnie naśmiewać, kogo można oszukiwać i wyzywać.
Rodzice Knuda z czasem utracili właściwie wszystkich znajomych, dlatego chłopiec wychowuje się w domu, który jest swoistym państwem w państwie, rządzi się swoimi prawami i zasadami, ignorując świat zewnętrzny. Bohater na zewnątrz nie spotyka się z akceptacją innych dzieci w szkole. Wręcz przeciwnie, jest wyśmiewany, szkalowany, nazywany "niemiecką świnią", a często nawet bity. Nie skarży się, bo widzi, jak jego matka wiele rzeczy przeżywa, jak popada w alkoholizm. Pije, żeby łatwiej znieść swoją sytuację. Knud często wręcz wymyśla historie ze szkoły, które opowiada mamie tak, by sądziła ona, że wszystko jest w porządku, że jest tam lubiany i nie spotykają go żadne przykrości. W wielu opisach i recenzjach tej książki właśnie na to zwraca się szczególną uwagę. Mnie jednak uderzyło coś innego. Knud jest prześladowany nie tylko dlatego, że jego matka jest Niemką, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że nie przystosowuje się ona kompletnie do otaczającej rzeczywistości i zachowuje, jakby wciąż była w Niemczech. Z jednej strony świadczy to o sile jej charakteru, jest nieugięta, bezkompromisowa. Z drugiej, sama przyczynia się do tego, że jej syn cierpi. To ona doprowadza przecież do tego, że mały Knud poproszony o narysowanie flagi, bez wahania rysuje niemiecką, mimo że właśnie przechodzi wstępną weryfikację do duńskiej szkoły. Nigdy nie byłam i nie jestem zwolenniczką wyrzekania się siebie i swoich zasad, ale zawsze można przecież pójść na kompromis, zamiast otwarcie demonstrować swoją odmienność. Problem w tym, że ojciec Knuda, choć jest rodowitym Duńczykiem, także nie należy do ludzi typowych i powszechnie lubianych. Ma swoje trudne do zrozumienia zasady, jest niesamowitym pedantem i zwykle ulega swojej żonie. Nawet on nie próbuje zatem pomóc synowi w wejściu w lokalną społeczność. Nawet gdy ma dobre chęci i np. kupuje synowi rower, zawsze jest to jakiś przestarzały model, z którego wszyscy się śmieją. Obydwoje więc rodzice nawet nie próbują zrozumieć potrzeb swojego dziecka, przenosząc na nie często swoje frustracje, powodując u niego wyrzuty sumienia i potrzebę ukrywania prawdy.
To również opowieść o wspomnianym braku akceptacji, o wszechobecnym strachu przed innymi ludźmi, o ukrywaniu się przed nimi, o rodzącym się poczuciu, że jest się kimś gorszym, choć nie ma się pojęcia, jaki jest tego powód. Ponadto narrator opowiada niejako w między czasie historię swojej rodziny zarówno ze strony ojca, jak i matki. Poznajemy zatem losy Duńczyków oraz Niemców toczące się niejako równolegle.
Książka ta nie jest z pewnością miłą i lekką lekturą, bo jest dość przygnębiająca. To jednak bardzo ciekawa pozycja. Bohater w żadnym miejscu nie ocenia swoich rodziców, co najwyżej powtarza czyjeś oceny. On przedstawia nam tylko obraz swojego domu i zachęca do refleksji nad istotą miłości, tolerancji i życia w społeczeństwie. Czytanie trochę utrudniają liczne niemieckie wtrącenia, tłumaczone w przypisach, aczkolwiek ich istnienie lepiej obrazuje nam tę historię. Powieść ta jest objętościowo niewielka i myślę, że warto po nią sięgnąć, nie będzie to na pewno czas zmarnowany.
czwartek, 12 marca 2009, naturegirl
TrackBack
|
Ostatnie wpisy
Loading
|