|
Blog > Komentarze do wpisu
Ornela Vorpsi "Kraj gdzie nigdy się nie umiera"„Żyj, a będę cię nienawidzić,
umrzyj, a będę cię opłakiwać".
„Kraj, gdzie nigdy się nie umiera” to Albania, z której pochodzi pisząca po włosku autorka tej książki. Ornela Vorpsi zabiera nas w niezwykłą podróż na swoją ojczystą ziemię, snując poetycką opowieść o trudnym życiu w tym kraju. Obraz ten jest składany ze skrawków wspomnień, z migawek utrwalonych gdzieś na dnie pamięci i serca, z zapamiętanych rozmów, zapachów, smaków, uczuć i przemyśleń. To nie jest jednak ani przewodnik po Albanii, ani historia z cyklu „moje życie...” To tylko to i aż to, co autorka uważa za godne opowiedzenia, piękne, ważne, często przerażające. Dzięki tej ok. 100-stronicowej książeczce udajemy się w podróż do tego mało znanego kraju. Przyglądamy się jego mieszkańcom przekonanym, że śmierć jest zawsze gdzieś obok, poza nimi, że dotyczy kogoś innego, bo w Albanii się nie umiera. Oglądamy piękne kobiety i mężczyzn, pożądających ich zwierzęco, a jednocześnie pogardzających nimi, wyzywających od najgorszych, traktujących jak przedmioty. W tym kraju na każdym kroku straszy się małe dziewczynki kontrolą dziewictwa, a mimo to, a może właśnie dlatego, młode dziewczęta szybko uświadamiają sobie swoją kobiecość i jej siłę. Najpierw nieśmiało, ledwie się jej domyślając, potem coraz mocniej ją manifestując. Autorka opowiada nam o tym w sposób niezwykle piękny i… po prostu kobiecy, bo chyba tylko kobieta może tak pisać o swojej płci. Subtelna, urocza, mądra kobiecość aż emanuje z tej książki i czyni ją tym piękniejszą. Autorka nie pozwala jednak zapomnieć, że zdecydowanie zbyt często wiele mieszkanek stolicy zamiast pozornego ciepła domowych pieleszy, wybiera chłodną toń pewnego jeziora. Autorka niemało opowiada o swoim dzieciństwie w kraju, w którym przymusowo należało kochać jedną, jedyną partię. Dzieciństwie z piękną, neurotyczną matką i ojcem, z którym nigdy nie nawiązała bliższej więzi. Jednocześnie jednak opowiada o skarbach, jakich szukała w ogrodzie, oraz o tym, co pewnego dnia znalazła tam wraz z kuzynką. Sporo też się dowiadujemy o jej życiu szkolnym, o nauczycielach niestroniących od przemocy, o pewnym szkoleniu wojskowym, podczas którego dziewczętom kazano nosić za duże buty i zbyt wiele ważące karabiny, ale też o legendach, takich jak ta o derwiszu od cudów. Czytamy o wszystkim tym, co się składało na codzienność młodej Albanki. Przedstawione historie są bardzo różne, czasem zupełnie zwyczajne, gdy można rozkoszować się wonią świeżo zaparzonej kawy, spokojem poranka i otaczającym ogrodem, ale też dziwne, niesamowite, zagadkowe. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Vorpsi najbanalniejszą rzeczywistość potrafiłaby opisać tak, że nabrałaby ona innych barw, stała się piękna, tajemnicza, a może straszna. Autorka nie zawsze pisze o sobie w sensie dosłownym. Czasem nie zmieniając osoby, nadaje jej inne imię, czasem staje się narratorem w trzeciej osobie, obserwatorem wydarzeń. Niewiadomo zatem, co z tego należy do wspomnień jej samej, a co do innych ludzi. Tak naprawdę nie ma to jednak żadnego znaczenia. Ta proza jest niesamowita. Wyważona, oszczędna, wysmakowana, przekazująca dokładnie tyle, ile trzeba, bez rozwodzenia się, bez wielkich słów i patosu. Paradoksalnie właśnie dlatego przedstawione historie i osoby tak zapadają w pamięć. Dzięki temu fantastycznemu, poetyckiemu i obrazowemu językowi, czujemy niemal zapach i smak prawdziwej Albanii, dotykamy jej ziemi bosymi stopami, i tak jak autorka, chcemy z niej uciec, choć tak bardzo ją kochamy. Na emigracji bowiem wszystko jest inne i choć w sensie obiektywnym żyje się lepiej, nie da się tego kraju wyrzucić z pamięci, wszystkich dookoła można oszukać, ale siebie najtrudniej. Ornela Vorpsi wie o tym najlepiej, bo sama pewnego dnia wraz z matką wyjechała ze swojego kraju i, jak się wydaje, od razu zaczęła za nim tęsknić, jak niemal wszyscy Albańczycy. Książka ta opowiada niewątpliwie bolesną prawdę o Albanii, ale promieniuje też miłością do ziemi i ludzi, tęsknotą za utraconym miejscem, które bynajmniej nie było dla autorki rajem. Zwykle po przeczytaniu tak świetnie napisanej książki bardzo żałuję, że już się skończyła i chciałabym jeszcze i jeszcze. W pewnym sensie i tym razem tak było, bo w tę prozę wsiąkłam kompletnie, przepadłam. Mam jednak świadomość, że książka jest dokładnie taka, jaka być miała, że to, co przeżyłam podczas jej czytania w zupełności wystarczy, by móc myśleć o niej znacznie dłużej, niż się ją czyta. To nie była dla mnie tylko zwykła, literacka podróż do Albanii, to była wyprawa do tej jednej, jedynej Albanii, której Vorpsi nigdy nie przestanie kochać. Wydawnictwo Czarne, 2008 czwartek, 10 września 2009, naturegirl
TrackBack
Komentarze
Gość: mary, 87-239-181-53.rev.inds.pl
2009/09/11 22:32:17
fantastyczna recenzja - na pewno sięgnę po tą ksiażkę . Tym bardziej że to ukochane CZarne
2009/09/11 23:45:28
Bardzo dziękuję! Starałam się jak mogłam napisać o tej książce tak, jak na to zasługuje. I tak nie ujęłam w niej wszystkiego, co bym chciała, ale myślę, że udało mi się ukazać to co najważniejsze. Ta proza inspiruje i to jest w niej najlepsze!
|
Ostatnie wpisy
Loading
|