Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

Tatiana Gromača
"Murzyn"

Pod tym zagadkowym i niełatwym do rozgryzienia tytułem kryje się niewielka objętościowo książka chorwackiej poetki I dziennikarki. Niech owe gabaryty nikogo jednak nie zmylą, więcej w niej treści niż w niejednej kilkuset stronicowej powieści.

Autorka w bardzo krótkich rozdzialikach snuje opowieść o życiu w jednym z krajów byłej Jugosławii, o dzieciństwie, dorastaniu i początkach dorosłego życia. Opowieść ta bynajmniej nie jest kolorowa. Proza ta jest niezwykle oszczędna, każde słowo wydaje się być bardzo pieczołowicie dobrane i dokładnie na swoim miejscu. Nie znajdziemy tu długich opisów otoczenia, dywagacji o emocjach czy uczuciach. A jednak, niczego w tej książce nie brakuje, a wszystko, co w niej opisano, jest aż nadto sugestywne.

Tym, co zdecydowanie zdominowało tę powieść jest smutek i poczucie beznadziei, najpierw na głuchej prowincji, a potem i w wielkim mieście. Narratorka od dziecka bacznie obserwuje otaczający ją świat i tkwi w tym smutku bez możliwości ucieczki. Na tamtejszej wsi wszystko jest szare, i ludzie, i otoczenie, nikt tam nie jest szczęśliwy. Bohaterka jest bardzo wrażliwa, ma ogromną potrzebę miłości, bliskości, akceptacji, którego surowe otoczenie raczej jej nie zapewnia. Później, w wielkim mieście bynajmniej nie jest lepiej, a co najgorsze, towarzyszy jej niezłomna pewność, że lepiej nigdy nie będzie. „Wszyscy studenci piją, chociaż nie są smutni. A może zresztą są smutni, tylko z całą pewnością nie aż tak, jak później, przez całe swoje życie.”

To jest również historia o życiowych przemianach i kolejach losu. O tym, że zawsze kiedyś musimy pożegnać stare i powitać nowe, choć to nowe wcale niekoniecznie musi być lepsze. Bohaterka wraz z rodziną przeprowadza się do nowego domu, a stary ulega zburzeniu, opuszcza rodzinną wieś, by udać się do miasta na studia, traci jedną babcię, potem drugą. Tak jest, tak po prostu musi być, zdaje się mówić do nas spomiędzy wierszy.

Oczywiście nie mogło w tej powieści zabraknąć wojny, która wdarła się w życie mieszkańców Bałkanów i tak mocno zaznaczyła swoją obecność w tamtejszej literaturze. Narratorka o wszystkim tym, nawet o oczekiwaniu na powrót swojego chłopaka, opowiada jednak ze spokojem, choć żal promieniuje z każdego niemal słowa. Koniec wojny bynajmniej nie przyniósł ulgi. Twarze ludzi: „Zostały takie same, a może nawet trochę bardziej blade i nieobecne”.

Autorka mówi do nas obrazami, a właściwie czymś jeszcze więcej. Zatrzymuje na chwilę fragmenty opisywanej rzeczywistości oddając ją w najdrobniejszych szczegółach, łącznie z zapachami, uczuciami, pragnieniami. Poprzez szczegóły, pozornie zwykłe scenki z życia, daje nam obraz całości. Obraz smutny, niepokojący, przygnębiający, a jednak mimo to piękny i zapadający głęboko w pamięć.

Ujęła mnie ta proza właśnie dlatego, że jest czysta, oszczędna, że jest jak delikatna i piękna tkanina, misternie utkana z cieniutkich nitek wspomnień, myśli i emocji. To jedna z tych książek, które się czyta w jeden wieczór, ale myśli potem przez wiele, wiele długich, jesiennych wieczorów, gdy deszcz nieustannie bębni o szyby, a szarość dnia staje się bardziej obecna i dotykalna niż kiedykolwiek.

Wydawnictwo Czarne, 2005

poniedziałek, 09 listopada 2009, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...