Marcin Michalski
Maciej Wasielewski
"81:1
Opowieści z Wysp Owczych"" type="application/rss+xml" href="http://mojabiblioteczka.blox.pl/2011/07/A-ty-mnie-na-wyspy-szczesliwe-zawiez-Marcin.rss"/>
Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

"A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź"
Marcin Michalski
Maciej Wasielewski
"81:1
Opowieści z Wysp Owczych"

Ostatnio zauważyłam, że moje czytanie zaczął charakteryzować pewien pośpiech. Zachłannie i niecierpliwie pochłaniałam kolejne książki, przebiegałam zdania, przewracałam kartki, a potem przeczytane pozycje odkładałam na półkę. Tak było do momentu, kiedy trafiłam na „81:1 Opowieści z Wysp Owczych". W tej książce odnalazłam spokój, czytałam ją niespiesznie, robiąc przerwy między kolejnymi opowieściami po to, żeby utrwalić w pamięci opowiadane historie, przedstawiane obrazy, po to, żeby odczuć je całą sobą, zanurzyć się w nie i nimi nasycić.

Dwaj młodzi autorzy odwiedzili zależny od Danii „nagi archipelag o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic". Kraj, którego większość ludzi nie potrafi wskazać na mapie, chociaż jego mieszkańcy doskonale wiedzą, gdzie leży Polska, a nawet Gdańsk czy Warszawa. Autorzy nie przybyli tam jednak jako typowi turyści ii byli zainteresowani czymś więcej niż tylko powierzchownymi obserwacjami. Spędzili na wyspach niemało czasu, pracowali w lokalnej przetwórni ryb, poznawali mieszkańców, uczestniczyli w ich świętach, słuchali opowieści, przemierzali drogi i bezdroża archipelagu. Porównanie do "wysp szczęśliwych" nasuwa mi się niemal samo, bo mieszkańcy tego kraju żyją dostatnio i właściwie na niczym im nie zbywa. Zarobki są co najmniej dobre, przestępczość niewielka, a sąsiedzi odnoszą się do siebie z dużą życzliwością.

Byłyby to prawdziwie baśniowe wyspy, gdyby nie ich surowy i bardzo zmienny klimat. To dlatego właśnie Farerowie znają prawie 350 słów na określenie wiatru i około 250 oznaczających różne rodzaje deszczu. To dlatego dni są tam krótkie i można bardzo boleśnie zatęsknić za słonecznym światłem.
"Żyjemy na pół uśpieni, szukamy sposobów zabicia czasu, próbujemy uciekać od melancholii, która szybko przeradza się w depresję."
Jakże pociągająca jest jednak ta melancholia, przynajmniej z pozycji czytelnika tej książki.

Mieszkańcy Wysp Owczych mają poważny kompleks związany z faktem, że ich kraj jest tak mało znany i, co tu dużo mówić, również mało znaczący gospodarczo, kulturalnie i politycznie. Stąd potrzeba bicia kolejnych rekordów, szalona radość z wygranego meczu piłkarskiego i ogromna ekscytacja, gdy Farerów odwiedzi były prezydent USA albo przebrzmiała gwiazda muzyczna.
"Atencja Farera jest szczególna. Przypomina reakcję niedowartościowanej kobiety, która pierwszy raz słyszy, że ktoś ją pokochał, choćby to „kocham" zabrzmiało nie wiadomo jak beznamiętnie."

W tym kraju zachwyca jednak to, że w ludziach jest tak mało zazdrości i zawiści, że są dla siebie najczęściej mili i życzliwi. Znają się niczym mieszkańcy niewielkiego miasta, nic się przed nimi nie ukryje. Dzwoniąca do lokalnej telewizji kobieta zostanie gruntownie wypytana o swoją rodzinę, ze wskazaniem jej członków po imieniu, a porwane przez wiatr „galoty" pewnego polskiego piłkarza niechybnie wrócą do właściciela, jak i cała reszta garderoby, bo każdy w okolicy wie, która bielizna jest czyja. Na Wyspach Owczych nie zamyka się domów ani samochodów na klucz, bo nie ma takiej potrzeby.
„Jesteśmy narodem antyagresywnym, bo jest nas mało i mu- simy się wspierać, by przetrwać. Każda osoba jest na wagę złota".
Fascynuje mnie również brak jakichkolwiek podziałów związanych z wykształceniem czy zawodem. Tam nauczycielka może w weekendy pracować jako sprzątaczka i nie stanowi to dla niej żadnej ujmy. U nas nie do pomyślenia. Mało tego, piłkarze grający w narodowej reprezentacji na co dzień wykonują swoje zwykłe zawody np. policjantów. Oczywiście, wielu ludzi może się w tym kraju nudzić. Klubów nocnych jest niewiele, na pływalnię czy do kina często trzeba płynąć promem, a niezwykle kiczowata loteria stanowi niemal święto. Na pewno nudzą się tam lekarze, bo mieszkańcy wysp nadspodziewanie mało chorują, zahartowani przez surowy klimat, w którym nawet malutkie dzieci bez żadnych negatywnych skutków kąpią się w lodowatym oceanie.

Smutne i bolesne jest to, że i tam powoli wkrada się globalizacja, że przestępczość wciąż rośnie i coraz poważniejszy robi się problem alkoholizmu.
"Dasz wiarę, że my, Farerowie, pijemy z dobrobytu?"
Wyspy Owcze jawią się mimo wszystko jako miejsce na ziemi, w którym bardzo chciałoby się czasem zaszyć, uciekając przed zgiełkiem naszych miast, przed pośpiechem naszych powszednich dni.
"Bo kiedy cały świat jest zły, to tu jeszcze trwa cicha walka. Dobra ze złem."
Niestety to zło coraz częściej wygrywa.

Autorzy tej książki opowiedzieli o Wyspach Owczych z niezwykłym wyczuciem, w ogromnym stopniu oddali głos ich mieszkańcom, opisali niepowtarzalne, surowe i ujmujące krajobrazy. Czytając tę książkę miałam ochotę co trzecie zdanie zaznaczyć do wykorzystania w roli wiele mówiącego cytatu. Pisząc tę recenzję muszę się natomiast wciąż powstrzymywać przed opowiadaniem zawartych tu historii np. o oswojonej owieczce w kraju, gdzie wbrew pozorom życie owiec nie jest kolorowe, o kontrowersyjnych polowaniach na grindwale, o bezludnych wyspach i odciętych niemal od świata wioskach oraz o pewnym heroicznym listonoszu i wiele, wiele innych. Wielką sztuką jest spędzić pewien czas w danym kraju, wczuć się w jego problemy, nie oceniać, ale po prostu próbować zrozumieć. Sztuką jest również dziwić się na każdym kroku, bo bez zdziwienia nie byłoby prawdziwego reportażu. Jeszcze większą sztuką jest jednak wszystko to opisać przy użyciu słów. Przelać na stronice książki nagromadzenie wrażeń zmysłowych, emocji, wspomniane zdziwienie, podziw i sceptycyzm. Wszystko to, co odczułby zapewne każdy z nas, ale tylko bardzo nieliczni potrafią to opisać.

"Chcieliśmy napisać reportaż. Chcieliśmy sprawdzić, czy reportaż można pogodzić z baśnią."
Stwierdzili autorzy na wstępie. Moja odpowiedź brzmi: można, a ta książka jest najlepszym tego dowodem. Ta lektura pozwala nie tylko odbyć bardzo pouczającą podróż na Wyspy Owcze, ale też po prostu się odprężyć, poczuć bijący z niej spokój i lekką melancholię. Nie znajdziemy tam wprawdzie wymarzonego przez K. I. Gałczyńskiego „spokojnego wiatru" ani raczej „cichych wód", choć „wody ogromne" i do tego lodowate już jak najbardziej. Motyli też pewnie za dużo tam nie ma, za to „rozmowy gwiazd" z pewnością dałoby się usłyszeć, a tym bardziej „Myśli spokojne ponad wodami pochylić miłością." Dlatego kraj ten jawi mi się jako wymarzone „Wyspy szczęśliwe”, choć nieco różnią się one w szczegółach od tych z wiersza. Gdybym miała jednym przymiotnikiem podsumować tę książkę powiedziałabym, że jest po prostu zachwycająca, dlatego z czystym sumieniem mogę ją wszystkim polecić.

Wydawnictwo Czarne, 2011

niedziela, 17 lipca 2011, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/07/17 21:07:38
Właśnie czytam, jestem w połowie...
świetny reportaż z bardzo ciekawego i mało znanego miejsca.
-
2014/07/29 08:59:46
Odnosząc się do tytułu, też już marzę o urlopie, te krzesła biurowe tak mnie uwierają, każda minuta się dłuży...ehh, kiedy to wolne!

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...