między Moskwą a Pekinem"" type="application/rss+xml" href="http://mojabiblioteczka.blox.pl/2011/10/Jeffrey-Tayler-Mordercy-w-mauzoleach-miedzy.rss"/>
Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

Jeffrey Tayler
"Mordercy w mauzoleach
między Moskwą a Pekinem"

Jedenaście i pół tysiąca kilometrów, tyle dzieli Moskwę od Pekinu, Pekin od Moskwy, a konkretnie dwa ich najważniejsze place, Plac Czerwony oraz Tiananmen. Na tych kilometrach liczne drogi i bezdroża, sieci kolejowe, wioski, miasta i miasteczka, całe mnóstwo narodów, plemion, Tatarów, Kozaków, Ujgurów i innych. To wszystko przebył i zobaczył autor tej książki, a potem o tym opowiedział.

Jeffrey Tayler od lat mieszka w Moskwie, jest żonaty z Rosjanką i w pewnym sensie wrósł już w tamten świat i tamtą kulturę. Po co więc właściwie zdecydował się przebywać taki szmat drogi? Po co ryzykował niewygody, a nawet niebezpieczeństwa, korzystał z najróżniejszych środków transportu, bo obok najbardziej oczywistej kolei także z prywatnych samochodów, autobusów i innych. Czy podróż ta miała zbliżyć go jeszcze bardziej do istoty regionu, w którym osiadł? Może chodziło o wyzwanie, o udowodnienie czegoś samemu sobie? Szczerze mówiąc, ta książka nie daje prostej odpowiedzi na to pytanie. Taylerowi nie chodziło raczej, jak Paulowi Theroux, o ukazanie człowieka w podróży, jego rozterek, niewygód i wątpliwości. Choć, z drugiej strony mam wrażenie, jakby czasem jednak trochę mu o to chodziło. Głównym jego celem wydają się jednak ludzie, rozmowy z nimi, obserwowanie ich, zadawanie pytań, czasem zupełnie niewinnych, czasem podstępnie prowokujących. W podróży zwykle tak jest, że odbywa się sporo różnych rozmów. W jakiś tajemniczy sposób prowokują do nich rytmiczny stukot kół pociągu i zmieniające się za oknem krajobrazy, ale przecież nie tylko one.

Autor tej książki nie jest podróżnikiem-słuchaczem. Nie jest kimś, kto tylko biernie obserwuje, on wychodzi ludziom naprzeciw, najczęściej poszukując ich w różnego rodzaju nocnych klubach i innych imprezowych przybytkach. Trudno się tu nie uśmiechnąć nieco i zastanowić, czy takie podejście ma jakąkolwiek rację bytu z socjologicznego punktu widzenia, czy też po prostu tak było mu najwygodniej, bo zwyczajnie ciągnęło go w takie miejsca? Skłaniam się osobiście ku tej drugiej opcji i nie ma w tym właściwie nic złego.

Tytuł książki jest nieco prowokujący, bo nie opowiada ona przecież o mordercach, którym postawiono mauzolea, a właściwie traktuje o nich tylko w niewielkim stopniu. Faktem jest jednak, że takowe mauzoleum stało u progu tej podróży, mowa oczywiście o miejscu, gdzie czci się Lenina w Moskwie. Po drodze autor odwiedził też mauzoleum Czyngis-Chana, którego kult, jak się okazuje, jest wciąż nadspodziewanie żywy. Podróż kończy się w Pekinie, w kilometrowej kolejce do mauzoleum Mao Zedonga. Jak się żyje, pracuje i umiera gdzieś pomiędzy tymi przybytkami? Pomiędzy kultem jednostki a poszukiwaniem własnej drogi? Jak się uwalnia spod jarzma, buduje nowe państwa, niemal z niczego tworzy zupełnie nowe stolice? Oto jest pytanie.

Jeffrey Tayler napisał książkę ciekawą, która pozwala sporo się dowiedzieć o fragmencie świata, rozciągającym się pomiędzy Moskwą a Pekinem. Opowiedział o narodach, o których istnieniu nie miałam pojęcia np. o Ujgurach. Drażnił mnie jednak nieco fakt, iż opowiadał nam o tym trochę jak niczego nieświadomym dzieciom. Zdumiały mnie tłumaczenia podstawowych faktów, zwłaszcza z najnowszej historii, aż dotarło do mnie, że przecież ta książka nie jest tylko dla Rosjan czy Polaków, ale także np. dla Amerykanów, rodaków autora. Wtedy wszystko staje się jasne, bo przecież fakty dla nas oczywiste, dla nich wcale takimi być nie muszą. Jest to opowieść niezwykle subiektywna i choć generalnie nie mam nic przeciwko przedstawianiu przez autorów ich własnych odczuć na temat otaczającej rzeczywistości, to ten subiektywizm czasami trochę mnie irytował, bo ocierał się już o egocentryzm.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą uważam za sporą wadę tej książki, a jak zauważyłam, czytając inne recenzje, wiele osób pogląd ten podziela. Jest w niej bowiem jakaś powierzchowność w postrzeganiu rzeczywistości, w jej opisywaniu. Trochę, jakby autor ślizgał się po temacie i nie potrafił złapać równowagi, trochę, jakby zabrakło mu pomysłu na dobre pytania i poruszanie naprawdę ciekawych tematów. A może raczej brakło idei przewodniej, tego, czego naprawdę w tej podróży szukał? Kto jednak wie, być może inaczej nie byłoby takiej zabawy dla niego samego i dla czytelnika zza oceanu, który pewnie niechętnie patrzyłby np. na historyczno-polityczne dywagacje, w dodatku na temat regionu tak dlań odległego. Książkę ogólnie oceniam jako dobrą i ciekawą, ale zdecydowanie pozostawia spory niedosyt.

Wydawnictwo Carta Blanca, 2011

niedziela, 23 października 2011, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...