Moje flirty z istotami wyższymi" type="application/rss+xml" href="http://mojabiblioteczka.blox.pl/2012/08/O-przymierzaniu-roznych-bogow-Eric-Weiner-Poznam.rss"/>
Recenzje książek z biblioteczki Magdaleny Szyszki
Blog > Komentarze do wpisu

O przymierzaniu różnych bogów
Eric Weiner
"Poznam sympatycznego boga
Moje flirty z istotami wyższymi

Jak znaleźć właściwą dla siebie religię? Większość ludzi w ogóle nie zadaje sobie tego pytania, tkwiąc całe życie w wierze swych rodziców i ich przodków. Autor tej książki jest Żydem, ale jak sam o sobie mówi głównie kulinarnym, czyli tak naprawdę niezbyt religijnym. Bóg, jaki by on nie był, nie zajmuje w jego życiu właściwie żadnego szczególnego miejsca. Borykając się jednak z nerwicą czy depresją, autor sam nie może się za bardzo zdecydować na co cierpi, a także z licznymi pytaniami swojej córki, postanawia wyruszyć na poszukiwanie odpowiedniego dla siebie boga. Rezultaty będą trudne, dziwne, a nierzadko niezwykle zabawne.

Eric Weiner nie zgłębia bynajmniej wnikliwie poszczególnych religii, radośnie i beztrosko mieszając je zresztą z ich odłamami czy sektami. Stara się raczej zakosztować każdej z nich, sam używa określenia „przymierzanie bogów” i jest to wyjątkowo trafne. Zachowuje się bowiem, jak typowy konsument na zakupach, ogląda, przymierza, testuje, czasem wpada na chwilę w zachwyt, zwykle jednak kręci nosem i uważa, że dany towar może nawet byłby niezły, ale nie za tę cenę.

Muszę przyznać, że ta książka początkowo trochę mnie irytowała nastawieniem autora na swoistą konsumpcję, rzecz by można bardzo amerykańskim podejściem do tematu. W końcu każdy rozsądnie myślący człowiek powinien chyba wiedzieć, że wirowanie derwiszy czy medytacja są drogami do celu, a nie celem samym w sobie. Najwidoczniej jednak nie jest to wcale takie oczywiste. Zresztą, podchodząc do kwestii bardziej filozoficznie, można zadać sobie pytanie, jaki jest właściwie ten cel? A może jeszcze inaczej, jaki amerykański dziennikarz widzi w tym wszystkim cel, poza robieniem z siebie błazna?

Autor bierze udział w różnego rodzaju spotkaniach, obozach i szkoleniach. O ile rozdziały o sufizmie, buddyzmie czy katolicyzmie nie były dla mnie szczególnie porywające, raziło bowiem prześlizgiwanie się jedynie po powierzchni tematu, a także rzucający się w oczy cynizm kogoś, kto raczej udaje, niż naprawdę szuka. Potem jednak zrobiło się ciekawiej, bo i obiekty przymiarek były jak sądzę ogólnie bardziej interesujące, a czasem zdumiewające.

Tak oto razem z autorem trafiamy na spotkanie raelian - ludzi wierzących w to, że naszą cywilizację stworzyli kosmici, którzy niebawem do nas powrócą, co więcej jednak, wyznawcy tej sekty bez skrępowania obnażają się publicznie, na oczach innych uprawiają seks i przebierają się za płeć przeciwną. Jest dziwnie, ale przynajmniej zabawnie. A żeby było jeszcze dziwniej, trafimy następnie do Chin, by prześlizgnąć się jak zwykle szybko i niezgrabnie po taoizmie, spotkamy też czarownice i czarowników wyznających neopogańską wiccę, zakosztujemy szamanizmu, wreszcie wyruszymy do Izraela, by zbliżyć się choć trochę do tajemniczej kabały.

Autor regularnie spotyka ludzi, którzy twierdzą, że dana sekta czy religia odmieniła ich życie, jest nawet wiele wspólnych elementów tej odmiany, większy wewnętrzny spokój, umiejętność cieszenia się chwilą, brak pogoni za iluzją szczęścia, poczucie bycia bliżej boga, albo po prostu wielkiej tajemnicy wszechświata. On sam jednak jest nieodmiennie sceptyczny. Nie uważam tego oczywiście za wadę, myślę jednak, że człowiek na serio poszukujący religii dla siebie, powinien zgłębić temat nieco bardziej. Autor sam wielokrotnie podkreśla swoją nerwicę i w książce doskonale ją widać, byle szybciej, byle więcej, byle dalej, a w istotnych momentach najlepiej zawrócić i uciec tam, gdzie jest bezpiecznie, bo znajomo.

Nie można jednak odmówić Ericowi Weinerowi poczucia humoru, dystansu do siebie i niezłych pomysłów na poszukiwania, które jednak ostatecznie i tak sprowadzają się zwykle do tego, żeby móc już napić się czegoś mocniejszego i zapalić. .

Nie sądzę, żeby ta książka jakoś szczególnie pomogła komuś, kto podobnie jak autor poszukuje boga dla siebie, zresztą wnioski z tych poszukiwań są raczej łatwe do przewidzenia. Jednak jeśli ktoś poszukuje ciekawych i nieco egzotycznych wrażeń, na pewno się nie zawiedzie. Czytałam tę pozycję z dużą ciekawością i choć nie została ona w pełni zaspokojona, to w jakimś stopniu na pewno. Poza tym momentami książka jest naprawdę zabawna i mimo pewnych zastrzeżeń, przygodę z nią zaliczam do całkiem udanych, tylko trzeba najpierw trochę przywyknąć do stylu autora.

Wydawnictwo Carta Blanca, 2012

piątek, 31 sierpnia 2012, naturegirl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
lilithin
2012/09/01 15:27:03
Czytałam poprzednią książkę Weinera "Geografia szczęścia" i miałam podobne wrażenie odnośnie autora i jego stylu. Ślizganie się po powierzchni, błaznowanie. Jego poczucie humoru nie zawsze mnie bawiło. Spodziewałam się poważniejszej pozycji, a Weiner jedynie liznął temat, za bardzo uogólniał i widzę, że chyba w kolejnej książce jest podobnie.
-
naturegirl
2012/09/02 13:13:47
W sumie, jak już człowiek przyjmie do wiadomości, że to jest takie, jakie jest to bywa całkiem śmiesznie, ale na początku autor mocno wkurza i rzeczywiście chociażby z opisu tej książki, ja również spodziewałam się czegoś poważniejszego i bardziej dogłębnego.

link do Syndykat Zbrodni w Bibliotece

Loading
statystyka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...